Netflix

Netflix to amerykański serwis typu VOD założony w 1997 roku w Kalifornii. Serwis słynie z wielu własnych produkcji, przede wszystkim seriali oraz w mniejszym stopniu także filmów. Dostęp do zasobów jest możliwy po wykupieniu jednego z kilku dostępnych abonamentów. Na naszym blogu recenzujemy produkcje rodzime serwisu.

Ocena: 35 End of the Road (Koniec drogi)

Brenda (Queen Latifah) po utracie męża, który zmarł z powodu ciężkiej choroby, zmuszona jest opuścić swój dom w Kalifornii i wraz z dziećmi i bratem Reggiem (Ludacris) wrócić do matki mieszkającej w Houston w Teksasie. Rodzina decyduje się na kilkudniową podróż samochodem i jak łatwo się domyślić po tytule, nie przebiega ona bezproblemowo. Rolę drugiego planu w tym filmie gra Beau Bridges.

Produkcja Netflixa zadebiutowała na tej platformie 9 września, zbierając słabe oceny od widzów i krytyków, odpowiednio 4.7/10 w IMDb oraz 33% pozytywnych not w Rotten Tomatoes. Moim zdaniem opinie te są w pełni uzasadnione, bo "End of the Road" to jeden z gorszych filmów jakie w ostatnim czasie oglądałem. Przerysowane postacie, niesamowicie naciągana fabuła, dziwaczne zwroty akcji oraz wplątanie wątków politycznych powodują, że bardzo ciężko się ten film ogląda. "Bawią" np. sceny pościgów samochodowych z nutką serii "Fast and Furious" (w której nomen omen występuje Ludacris). Netflix od wielu lat robi swoje niskobudżetowe filmy (w przeciwieństwie do flagowych pozycji) w nieco lekceważący wobec widza sposób. Gigant w obliczu problemów finansowych (odejście subskrybentów, coraz bardziej zaciekła walka z rywalami) miał się skupić na jakości a nie na ilości, niestety ta zasada chyba nie obowiązywała jeszcze przy produkcji "End of the Road". Nie polecam tego filmu, nawet fanom Ludacrisa.

Ocena Civil.pl: 35%

Ocena: 78 High Water (Season: 1) (Wielka woda)

"Wielka woda" to polski mini-serial dramatyczny traktujący o wielkiej powodzi we Wrocławiu w roku 1997. Odniesienia do realiów są dosyć luźne, bo w serialu pozmieniano nawet niektóre nazwy geograficzne oraz dodano wątki nieobecne podczas kataklizmu sprzed 25 laty. Jasmina Tremer (Agnieszka Żulewska) to hydrolog, która na kilka tygodni przed powodzią zostaje sprowadzona do stolicy Dolnego Śląska w celu wykonania ekspertyzy dotyczącej zagrożeń. Oprócz pracy, we Wrocławiu na kobietę czekają niezamknięte sprawy osobiste.

W serialu główne role grają Żulewska, Tomasz Schuchardt i Ireneusz Czop, ale występuje także bardzo duża ilość postaci drugiego i dalszego planu (ogromna jak na sześcioodcinkową produkcję). Trzeba przyznać, że Netflix zainwestował sporo środków w ten serial i nadał mu takiego nieco "amerykańskiego" sznytu. Większość postaci została bardzo mocno przerysowana a same fakty mocno ubarwione, jednak nie przeszkadza to w odbiorze "Wielkiej wody". Serial ogląda się bardzo przyjemnie i w zasadzie zaczynając pierwszy odcinek ciężko przerwać, ze względu na cliffhangery. Zainwestowano sporo w dekoracje (np. samochody z epoki), przez co dla osób które pamiętają 1997 rok, produkcja ma też znaczenie sentymentalne. Postarano się również o angaż bardzo wielu znanych polskich aktorów, choć niektórzy dostali jedynie epizody (np. Łukasz Garlicki czy Tomasz Kasprzyk). "Wielka woda" to także ostatnia rola Jerzego Treli, aktor niestety zmarł kilka miesięcy przed premierą. Podsumowując: Netflixowi wyszedł dobry serial, z dużym budżetem, który dobrze się ogląda. Oczywiście z wadami, ale całość przemawia na plus.

Ocena Civil.pl: 78%

Ocena: 35 Me Time (Czas dla siebie)

Kolejna komedia Netflixa z udziałem Kevina Harta, któremu tym razem towarzyszy Mark Wahlberg. Sonny Fisher (Kevin Hart) bo bezrobotny mężczyzna w średnim wieku, prowadzący nudne życie u boku swojej żony architektki (Regina Hall) oraz dwójki małych dzieci. Sonny z powodu braku zajęcia, zajmuje się domem oraz angażuje w życie szkoły, do którego chodzą jego dzieci. Wahlberg gra z kolei Hucka Dembo, imprezowicza i dawnego przyjaciela Sonny'ego. Kiedy Huck kończy 44-lata zamierza zorganizować huczną imprezę, na której chce gościć między innymi swojego dawnego druha. Sonny niechętny temu pomysłowi, z braku innych opcji w końcu zgadza się dołączyć do kumpla, która zamierza świętować na pustyni.

Netflix nigdy nie umiał "w filmy komediowe" i to się nie zmienia. "Me Time" dostał ledwie 8% pozytywnych not od zawodowych krytyków (wg Rotten Tomatoes) i 5.0/10 w IMDb od widzów. Film zapowiadał się dobrze, jako coś w stylu "Hangover", jednak jego scenarzyści nie mieli pomysłu czym ma być ich dzieło, w rezultacie powstał całkowity miszmasz łączący w sobie masę wątków i motywów. W tej produkcji sens zostaje zgubiony bardzo szybko a każda kolejna scena jest coraz bardziej odklejona od rzeczywistości. W dodatku nie ma się też z czego pośmiać, a większość "gagów" wywołuje co najwyżej uśmiech politowania. Jednym słowem: jest bardzo źle. Szkoda, bo duet Hart i Wahlberg na pewno by się świetnie odnalazł w jakimś lepszym scenariuszu. Tutaj się nie odnaleźli bo nie mieli kompletnie w czym. Film jest dostępny na Netflixie, ale moim zdaniem brakuje argumentów by go obejrzeć.

Ocena Civil.pl: 35%

Ocena: 22 W lesie dziś nie zaśnie nikt II (W lesie dziś nie zaśnie nikt II)

Pierwsza część tego filmu miała się ukazać w Polsce w kinach, ale z powodu pandemii jej premiera została przesunięta na Netflix. Druga część była już od początku "Netflixowa". Wydarzenia w sequelu rozpoczynają się bezpośrednio po nocy z "jedynki". W pierwszych scenach poznajemy załogę lokalnego komisariatu: nieśmiałego Adasia (Mateusz Więcławek), pewną siebie Wanessę (Zofia Wichłacz) oraz ich szefa Waldemara (Andrzej Grabowski). Ten ostatni zabiera aresztowaną noc wcześniej Zofię (Julia Wieniawa-Narkiewicz) na wizję lokalną do domku z części pierwszej. Kiedy zapada zmrok a dowódca dalej nie wraca, Wanessa i Adam postanawiają sprawdzić co się z nim dzieje, pakując się w środek "koszmaru".

O ile pierwsza część, będącego czymś w rodzaju slashera "made in Poland" dała się jako tako obejrzeć, to sequel wywołuje co najwyżej uśmiech politowania. Scenariusz w tym przypadku jest tak kuriozalny, że produkcja ta nie ma najmniejszego sensu. Wszystko co się dzieje na ekranie jest dziwne i groteskowe, w złym tego słowa znaczeniu. Pomijając już fakt bardzo krótkiej obsady: na ekranie widzimy ledwie kilka postaci, to byłoby do wybaczenia, gdyby ten film miał odrobinę sensu. Jedyne co się udało, to w miarę efektowna scena "otwarcia" inspirowana amerykańskim kinem. Film epatuje brutalnością wzorowaną na najbardziej krwawych horrorach, jednak w ogóle "nie straszy", ani nie trzyma w napięciu, w dodatku w bardzo dziwny sposób dodano do niego wątki komediowe, co dopełnia wrażenia całkowitej groteski. Ciężko powiedzieć po co powstał ten film.

Ocena Civil.pl: 22%

Ocena: 65 Man vs. Bee (Season: 1) (Człowiek kontra pszczoła)

"Man vs. Bee" to dziesięcioodcinkowy serial oryginalny Netflixa, którego współautorem i odtwórcą głównej roli jest Rowan Atkinson. Główny bohater czyli Trevor, to bezrobotny mężczyzna, nie mający środków na koncie, ale pragnący zabrać swoją córkę na wakacje. Okazja do zarobku natrafia się gdy dostaje on tygodniową pracę opiekuna luksusowej willi, której właściciele wyjeżdżają na urlop. Zrozumienie skomplikowanej obsługi domu czy opieka nad psem z alergią już samo w sobie nie jest proste, a komplikuje się jeszcze bardziej gdy Trevora zaczyna irytować natrętna ... pszczoła.

Serial ma dosyć niekonwencjonalną formułę, ponieważ składa się z 9 odcinków trwających zaledwie około 10 minut, łatwo więc policzyć, że całość trwa mniej więcej tyle ile zwykły film fabularny. Dlaczego zamiast filmu powstał więc serial? Ciężko powiedzieć, pewnie stoją za tym jakieś badania rynkowe lub polityka Netflixa. "Man vs. Bee" otrzymał dosyć dobre noty od widzów: 6.8/10 w serwisie IMDb i trzeba przyznać, że oglądając Rowana Atkinsona w akcji ciężko jest się nie śmiać. Całość ogląda się dosyć przyjemnie, z dużym przymrużeniem oka. Dodatkowo produkcja została sklasyfikowana jako "serial familijny" a więc mogą ją oglądać także młodsi widzowie. Moim zdaniem, to jeden z przyjemniejszych seriali Netflixa ostatnich miesięcy.

Ocena Civil.pl: 65%