komedia
Recenzje komedii na tym blogu to przede wszystkim opinie o amerykańskich produkcjach, zarówno tych najbardziej kultowych i rozpoznawalnych jak i tych niszowych.
Recenzje komedii na tym blogu to przede wszystkim opinie o amerykańskich produkcjach, zarówno tych najbardziej kultowych i rozpoznawalnych jak i tych niszowych.
Prequel filmu z 2014 roku pt. "Moje córki krowy", za scenariusz i reżyserie obu filmów odpowiada Kinga Dębska. Akcja "Zupy nic" ma miejsce w środkowej fazie PRLu i traktuje o realiach tamtych czasów, ukazując losy dorastającej Marty i Kasi Makowskich, które mieszkają z rodzicami czyli Elżbietą (Kinga Preis), Tadeuszem (Adam Woronowicz) oraz babcią (Ewa Wiśniewska) w ciasnym dwupokojowym mieszkaniu. Tadeusz to wyszydzany w poprzedniej epoce inteligent (architekt), na co dzień pędzący bimber i zazdroszczący dobrobytu swojemu bogatemu, działającemu w partii szwagrowi (Rafał Rutkowski), z kolei Elżbieta to pielęgniarka, udzielająca się w "Solidarności", przez co także ma mocno pod górę. Sytuacje rodziny poprawia przydział na małego Fiata 126p, dzięki któremu rodzina Makowskich zaczyna zwiedzać "świat" (ograniczony do krajów komunistycznych) oraz jeździć na handel.
"Zupa nic" to podróż w czasie do epoki minionej, która dla coraz większego procenta Polaków znana jest już tylko z opowieści rodziców. Film w dosyć zabawny sposób ukazuje absurdy PRLu, pozwalając starszemu pokoleniu nieco powspominać a młodszym uzmysłowić, jak kiedyś żyło się w Polsce. Film ogląda się przyjemnie, głównie za sprawą dobrej gry aktorskiej Kingi Preis i Adama Woronowicza. Sam scenariusz, choć nieco chaotyczny, dobrze pasuje do formuły tej produkcji. "Zupę nic" najlepiej chyba podsumowuje slogan na plakacie filmu "Wszystkie smaki dzieciństwa". Niemniej dla tych, którzy chcieliby sobie przypomnieć lub zobaczyć realia tamtych czasów lepszą robotę robią kultowe seriale i komedie wyprodukowane właśnie w PRLu, jak choćby "Czterdziestolatek" czy "Alternatywy 4".
Ocena Civil.pl: 70%
Kolejna komedia Netflixa z udziałem Kevina Harta, któremu tym razem towarzyszy Mark Wahlberg. Sonny Fisher (Kevin Hart) bo bezrobotny mężczyzna w średnim wieku, prowadzący nudne życie u boku swojej żony architektki (Regina Hall) oraz dwójki małych dzieci. Sonny z powodu braku zajęcia, zajmuje się domem oraz angażuje w życie szkoły, do którego chodzą jego dzieci. Wahlberg gra z kolei Hucka Dembo, imprezowicza i dawnego przyjaciela Sonny'ego. Kiedy Huck kończy 44-lata zamierza zorganizować huczną imprezę, na której chce gościć między innymi swojego dawnego druha. Sonny niechętny temu pomysłowi, z braku innych opcji w końcu zgadza się dołączyć do kumpla, która zamierza świętować na pustyni.
Netflix nigdy nie umiał "w filmy komediowe" i to się nie zmienia. "Me Time" dostał ledwie 8% pozytywnych not od zawodowych krytyków (wg Rotten Tomatoes) i 5.0/10 w IMDb od widzów. Film zapowiadał się dobrze, jako coś w stylu "Hangover", jednak jego scenarzyści nie mieli pomysłu czym ma być ich dzieło, w rezultacie powstał całkowity miszmasz łączący w sobie masę wątków i motywów. W tej produkcji sens zostaje zgubiony bardzo szybko a każda kolejna scena jest coraz bardziej odklejona od rzeczywistości. W dodatku nie ma się też z czego pośmiać, a większość "gagów" wywołuje co najwyżej uśmiech politowania. Jednym słowem: jest bardzo źle. Szkoda, bo duet Hart i Wahlberg na pewno by się świetnie odnalazł w jakimś lepszym scenariuszu. Tutaj się nie odnaleźli bo nie mieli kompletnie w czym. Film jest dostępny na Netflixie, ale moim zdaniem brakuje argumentów by go obejrzeć.
Ocena Civil.pl: 35%
Pierwsza część tego filmu miała się ukazać w Polsce w kinach, ale z powodu pandemii jej premiera została przesunięta na Netflix. Druga część była już od początku "Netflixowa". Wydarzenia w sequelu rozpoczynają się bezpośrednio po nocy z "jedynki". W pierwszych scenach poznajemy załogę lokalnego komisariatu: nieśmiałego Adasia (Mateusz Więcławek), pewną siebie Wanessę (Zofia Wichłacz) oraz ich szefa Waldemara (Andrzej Grabowski). Ten ostatni zabiera aresztowaną noc wcześniej Zofię (Julia Wieniawa-Narkiewicz) na wizję lokalną do domku z części pierwszej. Kiedy zapada zmrok a dowódca dalej nie wraca, Wanessa i Adam postanawiają sprawdzić co się z nim dzieje, pakując się w środek "koszmaru".
O ile pierwsza część, będącego czymś w rodzaju slashera "made in Poland" dała się jako tako obejrzeć, to sequel wywołuje co najwyżej uśmiech politowania. Scenariusz w tym przypadku jest tak kuriozalny, że produkcja ta nie ma najmniejszego sensu. Wszystko co się dzieje na ekranie jest dziwne i groteskowe, w złym tego słowa znaczeniu. Pomijając już fakt bardzo krótkiej obsady: na ekranie widzimy ledwie kilka postaci, to byłoby do wybaczenia, gdyby ten film miał odrobinę sensu. Jedyne co się udało, to w miarę efektowna scena "otwarcia" inspirowana amerykańskim kinem. Film epatuje brutalnością wzorowaną na najbardziej krwawych horrorach, jednak w ogóle "nie straszy", ani nie trzyma w napięciu, w dodatku w bardzo dziwny sposób dodano do niego wątki komediowe, co dopełnia wrażenia całkowitej groteski. Ciężko powiedzieć po co powstał ten film.
Ocena Civil.pl: 22%
Dwie przyjaciółki, mieszkające ze sobą od czasów studiów, pragmatyczna Mel (Rose Byrne) i bujająca w obłokach Mia (Tiffany Haddish) prowadzą wspólnie firmę kosmetyczną. Interes choć prowadzony z pasją, wpędza je w poważne długi. Wobec czego "pomocną" rękę do kobiet wyciąga bezwzględna kosmetyczna magnatka Claire Luna (Salma Hayek), która zamierza zainwestować w biznes głównych bohaterek. Pojawienie się despotycznej i nieczysto grającej wspólniczki wystawia na próbę przyjaźń Mii i Mel.
Ten film z 2020 roku debiutował jeszcze w okresie przed-pandemicznym, ale pomimo dobrej obsady i nawet wysokiego budżetu (29 mln dolarów) zwrócił tylko nieco ponad 30 mln. Na pewno na tak umiarkowany sukces (a w zasadzie jego brak) miały wpływ słabe oceny od widzów (4.6/10 w IMDb) i jeszcze gorsze od krytyków, ledwie 33% not zagregowanych w Rotten Tomatoes jest pozytywnych. W przypadku IMDb nota poniżej 5 oczek to dosyć poważne ostrzeżenie dt. jakości tej komedii. "Like a Boss" jest do bólu przewidywalne fabularnie (co jeszcze można by było wybaczyć) i jako komedia praktycznie nieśmiesznie. Niektóre sceny są mocno żałosne i nijak nie ratuje sytuacji to, że na pierwszym planie ogląda się bardzo znane i popularne aktorki, które są wspierane masą znanych nazwisk na drugim planie. Producentom udało się skompletować obsadę, ale nie udało się pozyskać ciekawego scenariusza. W rezultacie ten film jest po prostu słaby i marnuje się w nim talent takiej Tiffany Haddish czy Jennifer Coolidge, o Salmie Hayek nie wspominając. Szkoda. "Like a Boss" można (choć nie warto) obejrzeć na Amazon Prime Video.
Ocena Civil.pl: 31%
Teddy (Kevin Hart) życiowy nieudacznik, podczas próby wyjazdu na weekend z żoną, myli adres i zamiast do swojego wynajętego domku wpada na dwóch oprychów, którzy biorą go za "Człowieka z Toronto" (Woody Harrelson), światowej sławy płatnego mordercę. W tej komedii pomyłek, filmowy Teddy musi udawać tytułowego bohatera, jednak kiedy staje z nim w oko w oko sprawy się komplikują.
Ta komedia akcji Netflixa miała dobry trailer i odpowiednią otoczkę marketingową. Komedie z Kevinem Hartem na ogół są podobne, jednak tym razem na ekranie partneruje mu Woody Harrelson, aktor z bardzo bogatym dorobkiem i trzema nominacjami do Oscara. Niestety niewiele to zmienia, bo scenariusz tego filmu od początku do końca jest chaotyczny i absurdalny. Coś się tam niby dzieje, są strzelaniny, jakieś zwroty akcji, ale raczej to wszystko przypomina posklejane taśmą klejącą strzępki aniżeli przemyślany film. W ślad za tym poszły złe oceny od zawodowych krytyków: 28% pozytywnych ocen zagregowanych w Rotten Tomatoes i nieco lepsze od widzów: obecnie 5.7/10 w IMDb. Ciekawostką jest rola trzecioplanowa Kaley Cuoco (zatrudnionej chyba głównie po to, by wykorzystać jej wizerunek w trailerze). Film idealnie wpisuje się w portfolio Netlflixowych komedii wypuszczanych podczas wczesnego lata, kiedy to trzeba postawić na coś lekkiego, w sam raz do obejrzenia w weekend na luzie. I taki jest ten film: bez zbędnych ambicji, po prostu przeciętna komedia akcji dla niewybrednych widzów. Czy takie filmy wystarczą by Netflix mógł utrzymać pozycję na rynku wśród rosnącej (i tańszej!) konkurencji. Moim zdaniem nie.
Ocena Civil.pl: 51%